piątek, 4 marca 2016

Co wspólnego mają ze sobą latryny w RPA, bomba atomowa i król Szwecji?- zapytajcie Jonasa Jonassona









Tytuł: Analfabetka, która potrafiła liczyć
Autor: Jonas Jonasson
Wydawnictwo: W. A. B
Liczba stron: 416
7/10






Profesjonalistką nie jestem, z "krytyki literackiej" się (jeszcze :D) nie utrzymuję, więc recenzję zacznę zupełnie z innej beczki. Zazwyczaj świadomie wybieram książki, które chcę przeczytać, bo należą do moich ulubionych gatunków, albo na przykład zebrały dobre opinie na blogach, należą do 100 tytułów BBC, lub po prostu przewijają się na wielu fanpage'ach i portalach i czytam je z ciekawości, czy rzeczywiście są tak dobre, jak się zapowiadają (moim skromnym zdaniem "Dziewczyna z pociągu" jest mocno przereklamowana swoją drogą). Czasem jednak pozwalam sobie na małe szaleństwo i na chybił trafił robię zakupy w księgarni TAK Czytam.
Przeglądam opisy książek na okładkach i jeśli jakiś mnie zaciekawi, to książka zasila moją biblioteczkę. Czasem to ja wybieram książkę, czasem ona mnie, ale skutki bywają baaardzo różne. Takim oto sposobem trafiłam na "Analfabetkę, która potrafiła liczyć".

No to teraz do rzeczy. Omawiana pozycja to druga powieść w dorobku Jonasa Jonassona. Tutaj muszę zaznaczyć, że dopisek na okładce, iż jest "jeszcze śmieszniejsza, niż 'Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął' " trochę mnie zaniepokoił. Przy Stulatku... śmiałam się jak najęta i poprzeczka została postawiona bardzo wysoko, dlatego obawiałam się, że będzie to kolejna przereklamowana książka, którą autor na siłę będzie chciał powtórzyć sukces pierwszej powieści. Na całe szczęście bardzo się myliłam.

„Statystyczne prawdopodobieństwo, że mała analfabetka z Soweto lat siedemdziesiątych dorośnie i pewnego dnia znajdzie się w samochodzie do przewozu ziemniaków wraz z królem i premierem Szwecji, wynosi jeden do czterdziestu pięciu miliardów siedmiuset sześćdziesięciu sześciu milionów dwustu dwunastu tysięcy ośmiuset dziesięciu. Tak wynika z wyliczeń tejże analfabetki.”

Tym fragmentem autor już na samym początku daje nam do zrozumienia, że będzie się działo, jednak taki wstęp niewiele nam wyjaśnia. Ale spokojnie, wszystko jest na swoim miejscu, przynajmniej w tej historii. Główną bohaterką jest Nombeko, którą poznajemy jako małą dziewczynkę mieszkającą w slumsach i od małego pracującą przy czyszczeniu latryn w Soweto w południowej Afryce. Dzięki wrodzonej inteligencji i bystrości umysłu udaje się jej "awansować", a w międzyczasie uczy się czytać i liczyć. Przede wszystkim liczyć. Splot wydarzeń i zbiegów okoliczności sprawia, że trafia do owianej tajemnicą rządowej bazy, gdzie zostaje sprzątaczką i jednocześnie prawą ręką niezbyt rozgarniętego inżyniera nadzorującego projekt budowy bomby atomowej. W międzyczasie bohaterka uczy się wielu przydatnych rzeczy, jak na przykład chińskiego dialektu wu. W końcu, po dziesięciu latach, udaje jej się uciec z bazy, wykorzystując do tego dwóch agentów mosadu i trafia do Sztokholmu, gdzie przypadkiem czeka na nią przesyłka z tejże bazy- jedna z bomb atomowych, która w zasadzie nie istnieje. Z kłopotliwą przesyłką pomaga jej się uporać pewien młody Szwed. Który też nie istnieje. To wszystko, okraszone szczęśliwymi lub pechowymi splotami wydarzeń, prowadzi do wielu zwrotów akcji. I tak bohaterka wraz z bliźniakami, z których jeden nie istnieje, młodą gniewną, zastraszonym rzeźbiarzem, agentami i panią hrabiną przeżywa wiele przygód, jak choćby samodestrukcja oddziału antyterrorystycznego, uprawianie kilkusethektarowego pola ziemniaków, wydawanie pisma o tematyce politycznej, aż do niecodziennego spotkania z królem i premierem Szwecji. Co z tego wyniknie i co się stanie z bombą o mocy trzech megaton i promieniu rażenia wynoszącym 58 kilometrów? I jak przede wszystkim potoczą się losy Nombeko?- Nie dowiecie się, póki nie przeczytacie.

Mimo sporej objętości, "Analfabetkę, która potrafiła liczyć" pochłonęłam w dwa wieczory. Trudno mi stwierdzić, czy książka ta faktycznie jest śmieszniejsza od "Stulatka..." Na pewno zachowuje równie wysoki poziom. Także poziom absurdu. Nie wiem skąd autor bierze pomysły na tak bzdurne i niedorzeczne historie, ale jeśli każda kolejna będzie tak dobra, to chcę więcej. Jonasowi Jonassonowi nie można odmówić lekkiego pióra i niezwykłej umiejętności, jaką jest przedstawianie nierealnych wręcz wydarzeń w taki sposób, że czytelnik przyjmuje je jak coś najnormalniejszego w świecie. Myślę, że ten zabieg udaje się także dzięki temu, że tłem dla głównego wątku są wydarzenia historyczne z drugiej połowy XX w. 

Poczucie humoru w prozie Jonassona nie jest nachalne. W zasadzie każde wydarzenie zostało opowiedziane ze stoickim niemal spokojem. Tak jakby co drugi obywatel miał  w swoich piwnicach co najmniej jedną bombę atomową ot tak, dla rozrywki, czy hobbystycznie. Jednocześnie akcja powieści jest bardzo rozbudowana, na szczęście wątki są uporządkowane i czytelnik nie gubi się. Co ciekawe, przy tak bogatej fabule mamy jednak do czynienia ze stosunkowo małą ilością bohaterów, zwłaszcza tych pojawiających się epizodycznie. Myślę, że ta oszczędność formy przy bogactwie treści to idealna proporcja.

Jeżeli ktoś czytał "Stulatka...", to "Analfabetka, która potrafiła liczyć" na pewno go nie zawiedzie. A jeśli ktoś nie miał jeszcze do czynienia z twórczością Jonasa Jonassona, niech szybko nadrobi zaległości, niezależnie od której pozycji zacznie. Po męczącym tygodniu obie będą idealnym sposobem na relaks. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz