środa, 27 czerwca 2018

Nie tylko książki #3 - Idealne miejsce do czytania? - Bieszczadzka bacówka

To ja dzisiaj zacznę od frazesu. Proszę, oto frazes: różnie w życiu bywa. Ja ostatnio miałam tak, że jak mantrę powtarzałam stwierdzenie, co by najlepiej rzucić wszystko w pierony i pojechać w Bieszczady. I wiecie co? - Tak zrobiłam. Tylko wzięłam ze sobą książki :)

Lojalnie uprzedzam: fotki są marnej jakości, bo nie dość, że nie mam talentu, mam kiepski aparat w telefonie (chociaż lepszy przy braku talentu też pewnie by nie pomógł), to jeszcze blogger do szczętu zżera jakość

Plan był taki, że znajdę sobie nocleg i ogarnę dojazd, a potem się zobaczy. Wiedziałam tylko, że chcę dużo chodzić po górach, a później czytać, bo ostatnio, a w sumie od dłuższego czasu, jest z tym u mnie bardzo słabo. Chciałam też zaszyć się w jakimś miejscu z dala od zgiełku, niedzielnych turystów itp. Można powiedzieć, że "tylko ja i moja przestrzeń"... Wybór, zupełnie spontaniczny, padł na Schronisko PTTK w Jaworzcu. Spakowałam torbę i bladym świtem ruszyłam na jakże zacny dworzec PKP w Kielcowni, skąd dotarłam do Krakowa, gdzie przesiadłam się do autokaru do Sanoka, a stamtąd w busa do Kalnicy. Jeszcze tylko trzy i pół kilometra z buta i dotarłam do miejsca docelowego. Tak właśnie. Dokładnie o taką tułaczkę mi chodziło :)

Historii schroniska przytaczać Wam nie będę, chcecie to poczytajcie sobie tutaj: http://jaworzec.com/  Mnie zaintrygowało przede wszystkim to, że bacówka jest jedynym budynkiem w nieistniejącej wsi. Coś mi mówiło, że to właśnie taki "koniec świata", którego szukam. Jak to zwykle bywa - nie myliłam się.

Z rzeczy technicznych. Bacówka niezaprzeczalnie posiada następujące zalety:
  • tanie noclegi (z własnym śpiworem),
  • piękne widoki z każdej strony,
  • ciepłą wodę,
  • prąd tylko w określonych miejscach i do określonej pory (nie ma go w pokojach),
  • kiepski zasięg,
  • w jadalni dwie gitary, różne gry i całkiem przyzwoitą biblioteczkę, a do tego adapter i niezła kolekcja winyli,
  • smaczne jedzenie,
  • święty spokój z dala od cywilizacji,
  • swoistą atmosferę, którą można znaleźć tylko w Bieszczadach (a przynajmniej tak mi się wydaje).
Pierwszego dnia założenie o łażeniu po górach w opór i późniejszym czytaniu spełniło się prawie w stu procentach. Rano, dzięki instrukcjom jednego z gospodarzy, Łukasza, wyszłam z bacówki prosto na czarny szlak, który widać, że jest mało uczęszczany. Miałam nieziemską radochę z przedzierania się przez chaszcze i trudniejsze podejścia, a kiedy wyszłam z lasu i zobaczyłam to, co na zdjęciu niżej, po prostu opadła mi szczęka.


Dotarłam do Przełęczy Orłowicza, a później poszłam czerwonym szlakiem w stronę Połoniny Wetlińskiej, do której ostatecznie nie dobiłam, bo zrobiło się dość tłoczno na szlaku, więc wróciłam do Przełęczy i żółtym szlakiem zeszłam do Wetliny. Dlaczego o tym piszę? - Bo musiałam jakoś wrócić do bacówki i pierwszy raz w życiu jechałam autostopem, którego w dodatku złapałam za pierwszym strzałem :) Swoją drogą w tym przypadku było to bardzo sympatyczne przeżycie. Wszystko fajnie, ale z czytania wyszły nici. I jak rzadko, wcale nie żałuję, bo zamiast tego załapałam się na cudowny gitarowy koncert i w międzyczasie, chyba mogę tak powiedzieć, weszłam w komitywę ze wspomnianym już Łukaszem i Pawłem, którzy rezydują w schronisku. Co do koncertu zespołu Bez Zobowiązań: to była najczystsza magia. Bez sceny, za to w przytulnej jadalni, przy blasku świec, kameralnie, na dwie do trzech gitar. I kolejny frazes, ale jakże pasujący: dla takich chwil warto żyć. A poza tym odkryłam, że w dużym mieście naprawdę nie ma nieba, zwłaszcza nocą. Nawet przy sporym zachmurzeniu tutaj dało się zobaczyć gdzieniegdzie gwiazdy, które robiły o wiele większe wrażenie niż gdziekolwiek indziej.

Niestety, pogoda się zepsuła, a z racji tego, że moja miłość do gór dopiero od jakiegoś czasu wychodzi ze stadium platonicznego uwielbienia, wolałam sama nie zapuszczać się na szlak i zostałam w Jaworzcu. I po raz kolejny nie żałuję :) Czas leciał mi na czytaniu, schodzeniu na pogaduchy do jadalni, wieczornym popijaniu wina w tym niesamowitym klimacie i niby nic się nie działo, ale ostatecznie zostałam dzień dłużej niż planowałam.


No cóż... muszę polecieć kolejną oklepaną mądrością, ale dopiero będąc w schronisku takie banały nabrały dla mnie sensu. Można znaleźć miejsce oddalone od całej tej gonitwy współczesnego świata, można napawać się niesamowitymi widokami z okna, ale dopiero ludzie sprawiają, że to miejsce jest inne niż wszystkie. A Jaworzec ma taką załogę, że ho, ho :) Nie wiem jak oni to robią, ale chyba każdy kto przychodzi (nieważne czy tylko na piwo, coś do jedzenia, albo nocleg w ramach wędrówki) czuje się tam dobrze. Nie ma jakiegoś dziwnego dystansu, nawet jeśli nie znasz ludzi, którzy obok ciebie siedzą, to w końcu zaczniesz z nimi rozmawiać, że o wspólnym ognisku czy grillu nie wspomnę. I jestem przekonana, że jak ładnie uśmiechniecie się do chłopaków, to opowiedzą Wam kawał o bacy i 200-procentowym spirytusie :D

Ten spokój i dobre wibracje uzależniają. Nigdzie nie trzeba się spieszyć i można po prostu pobyć wśród ludzi albo samemu ze sobą. I z książkami. W ciągu czterech dni przeczytałam dwie książki i zaczęłam trzecią, co nie zdarzyło mi się od nie wiem kiedy. Teksty o nich już się piszą, a też dawno nie było tak, żebym pisała sobie posty na zapas, a tymczasem, proszę bardzo, fotki na zachętę:


Takie sielskie anielskie widoczki są akurat u mnie, w świętokrzyskim :)

Ależ mi dziś sentymentalnie. Choć w górach miałam rozkminiać nad czym innym, to moją podstawową zagwozdką jest obecnie to, czy ja jestem stworzona do pracy za biurkiem i życia od weekendu do weekendu. Bo w sumie lubię moją pracę, ale ciągle mnie gdzieś nosi. A poza tym wszystko to sprawiło, że jakiś kawałek mojego serca został w jaworzcowej bacówce i ogólnie w Bieszczadach. I kubek mój został. Taki różowy. Ale to już była przemyślana akcja, bo powszechnie wiadomo, że jak się gdzieś coś zostawia, to potem trzeba po to wrócić :) Ja wrócę. Koledzy gospodarze tak łatwo się mnie nie pozbędą. Ale tym razem mam plan, bo przecież szlak na Falową jest podobno piękny, a ruiny wsi są rzut beretem. Tak że w sierpniu znowu rzucam wszystko. Albo pod koniec lipca, bo za tydzień to chyba nie dam rady. I Wam  też z całego serca polecam taki reset. 


I taki widok z okna to ja rozumiem

A Wy macie jakieś swoje szczególne miejsca nie tylko do czytania?
Big up!

4 komentarze:

  1. Uwielbiam górskie bacówki, chatki i bazy namiotowe. Jakbyś kiedyś chciała inne, podobne miejsce to zapraszam na bazę namiotową w Jaworkach w Pieninach. Atmosfera i ludzie wyjątkowi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dopiero odkrywam takie miejsca :) Dawno nie byłam w Pieninach, ale chcę to zmienić, więc serdecznie dziękuję za informację :)

      Usuń
  2. Uwielbiam Bieszczady :) kocham lasy w tych górach chyba bardziej niż nagie skały Tatr, a poza tym mam ogromny sentyment z dzieciństwa, gdy spędziłam dwa tygodnie nad strumieniem Wołosaty :) Cudowny klimat do czytania! :)

    Pozdrawiam,
    Ewelina z Gry w Bibliotece

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, klimat (nie tylko do czytania) jest niesamowity :D

      Usuń

Jeśli podobał Ci się wpis - zostaw komentarz. Będzie mi bardzo miło :)
A jeśli Ci się nie podobał - to też zostaw komentarz, byle (w miarę) cenzuralny i konstruktywny - chętnie dowiem się czegoś, czego bez Twojej pomocy bym się nie dowiedziała i poznam Twoje spojrzenie na dany temat :)