poniedziałek, 10 października 2016

Średniwieczna Francja i tajemnice Graala, czyli "Labirynt" Kate Mosse








Tytuł: Labirynt
Autor: Kate Mosse
Wydawnictwo: Prószyński i S- ka
Liczba stron: 480
5+/10




Dziś nie będę się rozpisywać, bo, jak pewnie domyślacie się po ocenie, nie ma za bardzo nad czym. Psów co prawda na tej książce wieszać nie będę, ale nie mam pojęcia, co podkusiło mnie do sięgnięcia po nią. Okładka nie należy do najwybitniejszych, opis fabuły sugeruje, że nie będzie to mega odkrywcza lektura i jedyne, co chyba do mnie przemówiło, to tajemnica Graala, która jest moją słabością, odkąd pierwszy raz obejrzałam przygody Indiany Jonesa (czyli w baaardzo zamierzchłych czasach) i zapragnęłam zostać archeologiem, a to pragnienie wraca do mnie, ilekroć oglądam młodego Harrisona Forda w nieśmiertelnym kapeluszu. Tak czy owak, dobrnęłam do końca książki i spieszę podzielić się z Wami moją opinią.

Akcja rozgrywa się w dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy rok 1209 i malownicze Carcassone, będące celem krucjaty wysłanej przez papieża Innocentego III, który chce przywrócić tam mocno nadszarpnięty autorytet kościoła katolickiego. W tym czasie 17- letnia Alais staje się powierniczką i "dziedziczką" tajemnicy swojego ojca - otrzymuje od niego  księgę, część Trylogii Labiryntu, w której zawarty jest klucz do tajemnicy Graala. Dziewczyna wie, że jej przeznaczeniem będzie ochrona sekretu, a wisząca na włosku zagłada miasta oraz ludzie pragnący zawłaszczyć moc Graala sprawią, że będzie musiała narazić życie, aby wypełnić swoją misję. 
W roku 2005 dr Alice Tanner podczas wykopalisk prowadzonych w południowej Francji trafia na jaskinię, w której znajduje dwa szkielety. Jaskinia okazuje się być swego rodzaju świątynią, w której Alice doświadcza niemal mistycznych wizji i nabiera przekonania, że jest w stanie rozwiązać zagadkę szkieletów, ołtarza i tajemniczego labiryntu, które odkryła. Oczywiście, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, trafia w sam środek niebezpiecznych zdarzeń i wplątuje się w straszną kabałę, a na dodatek na jej życie będą miały wpływ wydarzenia sprzed 800 lat.

Hm... i cóż ja mam powiedzieć... Przede wszystkim pierwsze 180 stron męczyłam prawie dwa miesiące. Akcja rozwijała się okrutnie wolno, kolejne wątki niczego nie wyjaśniały i w ogóle nie mogłam odnaleźć się w fabule, bo ciągle miałam wrażenie strasznego chaosu. Tak, jakby autorka nie do końca wiedziała, jak zbudować napięcie i zainteresować czytelnika. Kolejne sto kilka stron przeczytałam w pociągu i nawet zaczęło się to jakoś kleić, ale fajerwerków dalej nie było. Sytuację ratuje końcówka, w której wszystko zaczyna znajdować swoje miejsce i czyta się całkiem przyjemnie. Zwroty akcji nadają tempa, ale... no, cholera, czegoś zabrakło.

Opisy co prawda nie były długie, ale nie dają pełnego wyobrażenia o świecie przedstawionym (a może mi coś umknęło?). Mam wrażenie, że bohaterowie, mimo takiej objętości książki, zostali potraktowani trochę pobieżnie. Na duży plus zasługuje jednak kreacja Alais - autorka stworzyła interesującą bohaterkę,  taką "babę z jajami" i charakterem, dzięki której w sumie fabuła szła jakimś konkretnym torem. Za to Alice... no cóż, podejrzewam, że założenie było dobre, ale nie do końca wyszło. Poza tym zabrakło mi trochę konsekwencji w relacjach bohaterów i nie zawsze za nimi nadążałam. Jakoś tak odnoszę wrażenie, że na ostatnich 200 stronach autorka trafiła na odpowiednie tory i dzięki temu, mimo całego tego chaosu, zakończenie jest bardzo spójne.

Wiem, wiem, marudzę dziś strasznie, ale jest coś, co mi się spodobało. Wiadomo, jak historia ze Świętym Graalem, to zaraz kojarzy się albo ze wspomnianym już Indianą Jonesem (jedna z moich licznych miłości <3), albo z Danem Brownem. A tutaj mamy nieco inną koncepcję Graala. Żadne tam Marie Magdaleny, kielichy itede. Autorka sięgnęła trochę głębiej i faktycznie całkiem zgrabnie sobie to wymyśliła.

Krótko mówiąc: jak widać, lgnę do powieści historycznych jak ćma do ognia, a wątek Graala to już w ogóle taka moja słabostka, ale nie zawsze jestem po takiej lekturze usatysfakcjonowana. "Labirynt" nie jest jakimś strasznym gniotem, czyta się dobrze (o ile przebrnie się przez początek) i ma kilka rzeczy, którymi może zaciekawić czytelnika. Nie każda książka musi być wybitna, na czytanie w pociągu albo zapełnienie luki na liście czytelniczej - chociaż nie wierzę, że ktokolwiek z Was taką lukę ma :D - nadaje się jak najbardziej. Nie nazwałabym "Labiryntu" pozycją obowiązkową, ale wielbiciele gatunku mogą po nią sięgnąć.

Tak że ten. Miałam się nie rozpisywać, czy coś.


Big up!  

3 komentarze:

  1. Czytałam jakiś czas temu. Nie wspominam jej źle, ale oczekiwałam czegoś więcej. Również mam słabość do tej tematyki. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Raczej nie mój typ książek, ale szkoda, ze się zawiodłaś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie powieści bardzo lubię, chętnie się z nią zapoznam. :)

    OdpowiedzUsuń